Ostatnio gorącym tematem stała się niepozorna roślinka – szałwia wieszcza, lepiej znana jako Salvia divinorum. Inne nazwy to Szalwia Boska, Szałwia Czarownika, Ska Pastora, etc.
Przez stulecia szałwia wieszcza boska czarownika służyła meksykańskim Indianom Mazatekom jako magiczny środek wywołujący stany wizyjne i pozwalający przewidywać przyszłość, a także do leczenia bólu głowy i dolegliwości reumatycznych. Zachód dowiedział się o niej (szalwia wieszcza, boska, czarownika) dopiero w latach 60. XX wieku, podczas ekspedycji badawczej w rejonie Oaxaca. Jednak w tym czasie świat był zafascynowany LSD i innymi dziś nielegalnymi środkami i nikt nie przejął się małą szałwią wieszcza. Do połowy lat 90. rośliną szałwia wieszcza interesowali się co najwyżej specjaliści, jednak potem okazało się, że szałwia boska ma niezwykle ciekawe właściwości. Jej liście, palone lub żute, wywołują silne halucynacje. Co nietypowe, ich działanie może być bardzo krótkotrwałe. Jeśli szałwia wieszcza zostanie wypalona, już po kilkudziesięciu sekundach zaczynają się wizje polegające przede wszystkim na zmianie odbioru kolorów, pojawianiu się niezwykłych obiektów czy „widzeniu” dźwięków. Szałwia wieszcza nie wywołuje nieprzyjemnych i niebezpiecznych stanów depresyjnych, a jej działanie kończy się po 20–30 minutach. Dłużej, do około dwóch godzin, mogą trwać efekty żucia liści. Szałwia wieszcza boska czarownika w większej części świata nie znajduje się na liście substancji zakazanych – wyjątkiem jest kilka krajów, w tym Australia. Nawet bardzo restrykcyjne Stany Zjednoczone nie zdecydowały się na jej delegalizację, choć rozważano takie posunięcie. Za to wielokrotnie pojawiały się w prasie artykuły alarmujące o „niezwykle groźnej szałwii”. Kiedyś podobny tekst pojawił się nawet w „Super Expressie”. Materiał zatytułowany „Wyrwijmy śmierć z doniczki” to klasyczny pokaz ignorancji wymieszanej ze świadomym wprowadzaniem w błąd. Z tekstu możemy się dowiedzieć, że „jest wiele przypadków, kiedy ludzie po halucynogenach próbowali zatrzymać ciężarówkę albo skakali z okna na 10 piętrze”. Tyle że szałwia wieszcza działa rozluźniająco na mięśnie szkieletowe, więc po jej zażyciu możemy co najwyżej spokojnie siedzieć w fotelu. Zachodni świat przeżywa obecnie fascynację tradycyjnymi środkami psychoaktywnymi. To wynik coraz bardziej zdecydowanej walki z grupą substancji uznanych przez rządy za zakazane. Prohibicyjne decyzje są zwykle podejmowane dość arbitralnie – trudno znaleźć medyczne uzasadnienie zakazu zażywania konopi indyjskich wobec powszechnego przyzwolenia na picie alkoholu i palenie tytoniu. Wydaje się raczej, że to kwestia tradycji oraz względy ekonomiczne decydują o tym, iż nieuzależniająca substancja wywołująca łagodne stany euforyczne jest przedstawiana jako groźniejsza od innej, powodującej nieuleczalne uzależnienie i dającej efekt utraty koordynacji, braku kontroli nad emocjami i zaburzenia oceny sytuacji. Przede wszystkim prawdziwy brudny biznes robi się na substancjach uzależniających fizycznie (doskonałym przykładem może być alkohol i tytoń) lub przynajmniej psychicznie. Tymczasem takiego działania nie mają ani halucynogeny - w tym szałwia boska, ani łagodne środki o działaniu euforycznym, a takie właśnie substancje zazwyczaj służą eksperymentatorom. Zainteresowanie tradycyjnymi używkami przyniosło modę na etnobotanikę, czyli poznawanie kontekstu kulturowego, w jakim egzystują różne gatunki roślin na całym świecie, ze szczególnym uwzględnieniem tych gatunków, które odgrywają znaczącą rolę w rytuałach magicznych praktykowanych od wielu pokoleń. Zainteresowanie etnobotaniką to fragment większej tendencji panującej na Zachodzie, który po laicyzacji poszukuje alternatywnych źródeł rozwoju duchowego, czego wyrazem jest ruch New Age. Nasza cywilizacja od XX wieku stawia na szybkość i efektywność, stąd moda na stosowanie alkaloidów, które działają szybciej niż techniki medytacyjne. Co nie jest zakazane, jest dozwolone. Dzięki tej świętej zasadzie w Ameryce i Europie pojawia się coraz więcej sklepów handlujących sprowadzanymi z całego świata roślinami psychoaktywnymi. Choć dla przyzwyczajonych do ukrywania się z jointem ma to posmak konspiracji, działalność tych firm jest jak najbardziej legalna. Oczywiście wszędzie, gdzie rozwija się taka działalność, pojawiają się głosy oburzenia wskazujące na zabójcze działanie straszliwych narkotyków i nazywające etnobotanikę narkomanią pod przykrywką. Tego typu zarzuty wynikają z nieznajomości tematu. Najważniejsza różnica jest taka, że narkotyki uzależniają i wyniszczają organizm w przeciwieństwie do większości tak zwanych entheogenów. Co więcej, duża część preparatów roślinnych stosowana jest wręcz w leczeniu uzależnień od twardych narkotyków. Na przykład iboga, ayahuasca pomagają uwolnić od uzależnienia heroinowego, kratom – od metadonowego. Oczywiście można znaleźć czarne strony fascynacji etnobotaniką. Środki psychoaktywne (do których zalicza się też alkohol, tytoń i kofeinę wdzięcznie nazywane używkami) niewłaściwie użyte mogą przynieść opłakane skutki. Podobnie zresztą jak aspiryna, paracetamol czy waleriana. Tyle że mało kto czyta ulotki, w których informuje się, że nie wolno przekroczyć dawki ośmiu tabletek na dobę. Ośmiu tabletek jednego leku raczej nie weźmiemy, ale przy uporczywym bólu głowy, na który nie pomógł na przykład apap, możemy spróbować wziąć panadol, codipar lub efferalgan. To leki z tą samą substancją aktywną, więc dawka się sumuje. |